Gigant gitary
Jest jednym z najlepszych polskich gitarzystów. Zdobył wszystkie możliwe nagrody muzyczne w Polsce. Tworzy i gra z ogromną pasją i zaangażowaniem. Specjalnie dla Playgroundu, Mietek Jurecki opowiada o swojej karierze zawodowej, polskim showbiznesie, współczesnej muzyce i jej wykonawcach.
PLAYGROUND: Czym jest dla Pana muzyka?
MIETEK JURECKI: Muzyka jest moją pasją i najpiękniejszą rzeczą na świecie, bo nie ma nic wspólnego z polityką ani z realizmem.
Pierwszy kontakt z grą na instrumencie miał Pan w wieku czterech lat. Skąd wzięło się to zainteresowanie?
To zasługa moich rodziców. W pewnym momencie zauważyli, że mają dość uzdolnione muzycznie dziecko. W czasach mojego dzieciństwa najbardziej popularnym instrumentem był akordeon, więc rodzice wymyślili, że ich syn będzie grać na akordeonie. Poszedłem na dwie lekcje i dowiedziałem się jak zagrać gamę. Ale do świadomości ludzi zaczęła docierać już muzyka zespołów gitarowych: Beatlesów, Stonesów, Czerwonych Gitar. To nie była już nawet moda, to było szaleństwo, wyzwolenie z wszelkich tradycyjnych schematów. Właśnie ta muzyka mnie fascynowała, byłem nieprzytomny z wrażenia. Zacząłem kombinować, jak odwieść rodziców od akordeonu. Przekonałem ich ceną – gitara była tańsza. Pamiętam, jak ojciec kupił mi ją w Domu Towarowym za 615 zł. Szedłem z gitarą zapakowaną w tekturowe pudło przez podwórko i wszyscy koledzy padali z zazdrości. Wkrótce rozpocząłem „karierę solową”. Mój ojciec zrobił mi metalową konstrukcję zakładaną na szyję, abym mógł grać jednocześnie na harmonijce ustnej i gitarze. Do nogi przymocowałem janczary (dzwonki które zakładają koniom na nogi). Dzięki temu sam grałem perkusję, melodię i akompaniament.
Po pewnym czasie odkryłem, że mało który ze znanych muzyków używa gitary akustycznej. Profesjonalne polskie zespoły miały gitary elektryczne robione przez rzemieślników. Zwykli ludzie nawet nie wiedzieli, czym jest wzmacniacz. Można było kupić jedynie przystawki do gitar akustycznych które podłączało się do radia. Ja miałem duże, prehistoryczne radio z okrągłym „magicznym okiem”. Za pieniądze ze swojego pierwszego występu na weselu, razem z kolegami z zespołu kupiliśmy cztery pięciowatowe głośniki. Przybiliśmy je do kawałka sklejki, wycięliśmy otwory i ta sklejka oparta o ścianę stanowiła naszą kolumnę głośnikową. Wszyscy byliśmy podłączeni do jednego wzmacniacza.
Na dworcu głównym we Wrocławiu znajdował się Dom Kolejarza, a w nim elektryczne gitary – co prawda robione domowym sposobem, ale nam wydawały się prawdziwe! Postanowiliśmy się tam zapisać, żeby móc grać na takich gitarach. W związku z tym musieliśmy się trochę poświęcić. W zamian za dostęp do sprzętu, braliśmy udział w różnych przeglądach w Domach Kultury, na których nie grano rockowej muzyki tylko piosenki z festiwali. Potem zaczęliśmy grać rockowe koncerty podczas których publiczność tańczyła. Najpierw zrobiliśmy rozeznanie wśród publiczności i potem graliśmy to co oni chcieli, co kochali i co lubili. A starsi koledzy zastanawiali się: „co ci gówniarze robią, że im to tak nieźle wychodzi” (śmiech). W pewnym momencie zaczęliśmy grać przed coraz większą publicznością. To było istne szaleństwo! Zamiast ze zmarszczonym czołem grać skomplikowane utwory, które rzadko kto zrozumie, graliśmy hity – po prostu to, co ludzi lubili.
Pierwszy raz w życiu pojechałem na koncert za granicę do NRD. Graliśmy w zoo, bo Niemcom coś się pomieszało i myśleli, że jesteśmy zespołem folklorystycznym. Postawiliśmy aparaturę i jak uderzyliśmy, to w klatce z sępami fruwały pióra a niedźwiedź dostał szału. Może chciał posłuchać (śmiech).
Grałem w wielu zespołach, nagrywałem pierwsze swoje utwory, po czym dostałem propozycję od zespołu Haliny Frąckowiak i to już było bardzo poważne przedsięwzięcie. Podczas koncertów wielokrotnie spotykałem się w różnych miastach np. z Hołdysem, z Budką, z Czerwonymi Gitarami itd.
W większości zespołów grał Pan na gitarze basowej. Dlaczego?
Wszystko zaczęło się w Domu Kultury Kolejarza we Wrocławiu. Instruktor muzyczny Marian Konieczny (znakomity facet z którym zagrałem z tysiąc wesel) przyniósł nuty z trudną partią gitary basowej. Nasz basista niestety nie mógł sobie z tym poradzić. Instruktor kazał mi to zagrać. Wziąłem basówkę i zagrałem. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że to ja będę grać na basie. To był dla mnie dramat! Wydawało mi się, że bas jest mało efektownym instrumentem którego nie słychać. Nie miałem niestety wyboru, więc zacząłem z nieszczęśliwa miną grać na basie. Niebawem okazało się, że robię to ciekawie, po swojemu i w nietypowy sposób. Mimo że gram na basie, myślę gitarowo i w efekcie linie basu są ciekawsze, a jednocześnie pasują do reszty utworu. To sprawia, że piosenka staje się charakterystyczna.
Kiedy pierwszy raz przyjechał Pan do Lublina?
W pierwszym semestrze studiów ekonomicznych (wybrałem je, bo na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu był klub w którym nasz zespół miał próby) zdarzyło się, że miałem do wyboru zdawać język rosyjski albo jechać z zespołem na koncerty do Lublina. Oczywiście wybrałem koncerty. Po powrocie poszedłem do dziekanatu, aby załatwić zaliczenie ale na szczęście okazało się, że jest po terminie i nie ma już takiej możliwości.. To tyle, jeśli chodzi o moje studia. Pamiętam z nich jeszcze jedno: na egzaminie wstępnym chciałem mieć za jednym podejściem dwa przedmioty z głowy, więc zdawałem geografię po rosyjsku.
Jak wspomina Pan współpracę z Budką Suflera?
W 81′ robili zmianę w składzie i potrzebowali basisty. Znaliśmy się już wcześniej, więc padło na mnie. Dali mi kasetę z piosenkami, które mieliśmy grać na koncercie. Znałem nuty, więc w hotelu wszystko sobie spisałem. Następnego dnia zapytali mnie: „co możesz już zagrać?”. Kiedy odpowiedziałem, że wszystko, nie mogli mi uwierzyć.
Graliśmy razem olbrzymie ilości koncertów, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Kiedy pierwszy raz wychodziłem z nimi na scenę publiczność podniosła tak ogromną wrzawę, iż myślałem, że gdzieś się pali. Ale po prostu ludzie tak wówczas reagowali na ten zespół. W ciągu pierwszej wspólnej trasy trwającej miesiąc, zagraliśmy dziewięćdziesiąt koncertów. Wszystko wydawało się idealne: scena, reflektory, dym, tu grają, tam śpiewają. Co prawda po trzech koncertach dziennie trzeba było jechać na chwilę do hotelu a potem setki kilometrów na kolejne koncerty, ale ja to lubię, bez tego bym zwariował!
Ponieważ pasjonowała mnie jednak muzyka bardziej skomplikowana a w Budce nie mogłem tego realizować więc wiele razy odchodziłem z zespołu i potem wracałem. Grałem koncerty solo, zacząłem grać z Perfectem, pojechałem z Hołdysem do Ameryki itd. W pewnym okresie zaczęliśmy zarabiać niewyobrażalne pieniądze i wówczas atmosfera w zespole zaczęła się powoli stawać nie do wytrzymania. Po dwudziestu paru latach przestałem tam grać i odzyskałem wolność. Gram teraz w takich miejscach w jakich z Budką nie zagrałbym nigdy, np. na festiwalu Ryśka Riedla, na zlotach Harleyowców itd. Teraz, kiedy ktoś dzwoni z propozycją koncertu, nie muszę się nikogo pytać „czy mogę?”.
Co sądzi Pan o dzisiejszym showbiznesie? Czy nie wydaje się Panu, że słucha się muzyki, która bywa dosyć płytka?
Tak, to prawda. Dzisiaj pojawiają się chwilowe „gwiazdy”, których za chwilę już nie ma, bo po prostu one gwiazdami nigdy nie były. Gdzie na przykład podziała się Gosia A., która podobno występuje „na żywo”? Na koncercie, na którym występowała, byłem jedyną osobą grającą na żywo. W jej imieniu przyszedł facet z płytką w kieszeni, powiedział „Najpierw nr 2, potem 15, a potem 17” (śmiech). To nie są koncerty, tylko publiczne odtwarzanie płyt, czyli oszustwo! Kiedyś w ogóle nie było takiej możliwości, więc żeby zaistnieć, naprawdę trzeba było mieć talent. Przeboje dało się zanucić i zagwizdać.
Niestety, muzyka miała wartość tylko do momentu gdy zachodnie firmy fonograficzne przyjechały do Polski po to, żeby zarabiać pieniądze. Tylko naiwni myślą, że firmy te są u nas po to by pomóc młodym, utalentowanym, polskim muzykom. Dzisiaj w radiu puszczają ludziom mówiącego rytmicznie Murzyna, wciskając im kit, że on śpiewa. Czasami zastanawiam się tak wyglądają nowe czasy muzyki a ja mam do tego jakieś „starcze podejścia”. Ale to nie są nowe czasy – to jest po prostu kicz i oszustwo. Gdy dzisiaj włączam radio, nie potrafię odróżnić stacji, bo w każdej z nich jest ta sama muzyka, te same pseudo hity. Popularność zdobywa się dzięki gimnastyce przed kamerą: skłon, przysiad, w prawo, w lewo. To można zrobić z każdym klientem klubu fitness. Wystarczy ubrać go w złote lub srebrne ciuchy – żeby błyszczał.
Co Pan sądzi o szansie na wybicie się naprawdę zdolnych młodych ludzi?
Szkoda mi ich, bo dzisiaj liczy się tzw. „wydarzenie medialne”, a nie prawdziwy talent. Żeby nie zapomnieć o tym, czym jest muzyka, prowadzę warsztaty i organizuję konkursy, m. in. „Solo życia”. Wygrywają ludzie, o których najczęściej nikt nigdy wcześniej nie słyszał. Po swoim zwycięstwie niektórzy laureaci nagrywają teraz płyty i grają koncerty z Piaskiem, Hołdysem. Pomagam im, współpracuję z nimi, polecam ich znanym muzykom. Staram się „holować” uzdolnionych gitarzystów, bo w przeciwnym razie nie mają szans, W tej chwili playback i półplayback tak zdominowały rynek, że w zasadzie ty i ja możemy w tej chwili wziąć do rąk gitary i nie znając utworów udawać, że gramy.
Młodzi ludzie mają dużo trudniej niż kiedyś, nawet kiedy muzyka rockowa była tępiona. Pomóc może im jedynie determinacja. Jeżeli coś jest dobre, to prędzej czy później ktoś to zauważy. Nie wolno przejmować się, że tu nie wyjdzie, tam nie wyjdzie. Nawet „Dżem” był kiedyś zespołem traktowanym z przymrużeniem oka, a teraz ich przeboje są śpiewane przez kilka pokoleń To są właśnie hity ponadczasowe. I co z tego, że teraz się tak nie gra? Najlepszą radą jest nie zwracanie uwagi opinie krytyków. Krytyk to taki facet, który za bilet na koncert płacić nie musi, bo mu dadzą, za płytę też nie da ani grosza, bo dostanie od wydawcy, a potem Cię jeszcze obsmaruje. Jeżeli ktoś będzie miał teraz dobry pomysł na muzykę z dużym ciosem, to wg mnie będzie miał dużą szansę na sukces.
A jakie, według Pana, zagrożenia mogą czekać młodych ludzi w branży muzycznej?
Hasłem SOLO ŻYCIA jest tekst „Lepiej grać, niż pić lub ćpać”. Widzę, co dzieje się z wieloma młodymi ludźmi i to mnie przeraża. Komuś się może wydawać, że napije się, zapali jointa, „wyluzuje się” i dzięki temu lepiej zagra. Bzdura! Co będzie lepiej? Nie będzie! Znikną problemy? Nie! Pojawią się tylko dodatkowe i na drugi dzień do tego wora z nieszczęściem nazbiera się jeszcze więcej. Używki są chwilową formą ucieczki, ale ucieczki donikąd. Niestety, to silne pokusy i tendencja do ulegania im wzrasta. Lepiej je zostawić, a zająć się muzyką. Dopiero wtedy dostaje się kopa!
Zapytam jeszcze o plany na przyszłość.
Muzyka! Gramy, śpiewamy. Obecnie dość mocno rozwija się moja koncertowa kariera solowa. Nie spodziewałem się, że tak trudna muzyka znajdzie aż takie zainteresowanie odbiorców. Poza tym ustawiła się już dość pokaźna kolejka do nagrywania płyt w moim studio. Prawie codziennie coś nagrywam lub gram na żywo. Zajmuję się tym, co jest moją pasją.
Życzę więc Panu kolejnych sukcesów. Dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Weronika Herbet
Zdjęcie z oficjalnej strony Artysty