Odrabiam zaległości

Z obszernych materiałów pozostały jedynie załączone fragmenty

2014 r  – z Mietkiem Jureckim rozmawiał Maciej Warda

Na tle wielu innych, którzy ograniczali się do schematycznych walkingów i oklepanych fraz byłeś zawsze eksperymentatorem i poszukiwaczem. Z czego to wynikało, szybko się nudziłeś, czy po prostu to jest twój sposób na funkcjonowanie w muzyce?

Kiedyś Zbyszek Hołdys zwrócił mi na to uwagę i jednocześnie wytłumaczył powód powstania u mnie takiej cechy. Moim pierwszym instrumentem była gitara. Na gitarze grałem nie tylko partie akompaniujące i podkładowe riffy. Wykonywałem improwizowane solówki, co wymaga wiedzy o harmonii, kreatywności i odwagi. Podświadomie przenosiłem później tę wiedzę do swoich partii basowych. Bill Wyman ze Stonesów również pierwotnie był gitarzystą i jego linie basowe z tego powodu również są nietypowe. Jaco Pastorius świetnie grał na fortepianie a harmonię miał opanowaną w stopniu wirtuozerskim. Jego partie basowe są powalające. Aby być basistą charakterystycznym warto więc grać jeszcze na innym instrumencie 🙂

Do jakiego stopnia mogłeś realizować swój styl i charakter w Budce Suflera w latach 80.?

Gdy rozpocząłem wieloletnią przygodę z Budką Suflera to byłem już zwycięzcą festiwalu „Jazz nad Odrą”, grałem z wieloma wykonawcami i moja gra była pełna ekspresji i błyskotliwości. Pamiętam jak kilka lat temu usłyszałem nagranie instrumentalne, które zwróciło moją uwagę, ponieważ wydawało mi się, że skądś je znam. Partia basu była tam wirtuozerska. Po emisji spiker powiedział, że to grał zespół „Spisek”, a w tym zespole to przecież ja grałem na basie 🙂 Dzisiaj wielu rzeczy nie jestem w stanie zagrać tak świeżo i perfekcyjnie jak wówczas. Natomiast po przyjeździe do Lublina na pierwsze próby z „Budką” okazało się, że moje możliwości, umiejętności i indywidualność muzyczna nie jest zbyt potrzebna, ponieważ zespół miał wówczas ustaloną koncepcję muzyczną. Realizowałem się natomiast w solówkach basowych podczas niezliczonej liczby koncertów. Cały zespół schodził ze sceny i zostawałem tylko ja. Na dobrą sprawę dzisiaj dumny jestem z „Budkowych” linii basowych które wymyśliłem do dwóch piosenek, czyli „Czasu ołowiu” i „Głodnego”. Dumny jestem natomiast z wielu aranżacji i partii gitarowych które nagrałem z „Budką”. Ponieważ chciałem jednak wykorzystywać swoje umiejętności, więc w trakcie pracy z „Budką” nagrywałem inne płyty, gdzie realizowałem swoje koncepcje basowe. Dumny jestem z mojej gry na płycie „12 sprawiedliwych” (płyta uzyskała tytuł Najlepszej Płyty Gitarowej Roku a ja tytuł Najlepszego Polskiego Basisty Rockowego). Również na płycie „Półbuty” gram w sposób jaki najbardziej lubię. Na płycie Marka Raduli „Meksykański symbol szczęścia” Marek również nie sprzeciwiał się moim koncepcjom i np. moja partia na fretlessie w utworze „Mietkusz i Markusz” powstała, gdy Marek poprosił mnie o akompaniament do swojej partii gitarowej. Docelowo zagrałem tak, że moja partia zrobiła się bardziej efektowna i zawadiacka niż to, co zagrał Marek 🙂

A jak dogadywaliście się na czysto muzycznym polu? Te kompromisy, z których wychodziły potem wielkie przeboje, rodziły się w bólach?

W mojej kilkudziesięcioletniej karierze profesjonalnego muzyka wielokrotnie sprawdziło się, że demokracja w zespole nie jest rzeczą dobrą. Nie może być tak, że każdy próbuje zrealizować swoją wizję piosenki, po czym następują konflikty, rozczarowanie, wzajemna niechęć i zespół jest na dobrej drodze do rozpadu. W „Budce” głos decydujący zawsze miał Romuald Lipko. Czasem nie było to dobre dla piosenek, ale to on brał odpowiedzialność za efekt końcowy. Ja mogłem proponować różne rozwiązania i partie poszczególnych instrumentów, nagrywać je, zmieniać, dodawać lub odejmować fragmenty utworów, na poczekaniu tworzyć podkładowe melodie, programować bębny itd. Podczas miksowania obsługiwałem komputer i byłem już tylko technicznym narzędziem do realizowania nie swoich wizji. I to był kompromis który zawarłem z samym sobą. W wielu wypadkach nie mogłem później uwierzyć, że to co słychać z głośników stało się kolejnym przebojem. Wielokrotnie okazywało się, że nie ma recepty na stworzenie przeboju. Każdy chciałby nagrywać hity, ale to publiczność w dużej mierze decyduje o tym który utwór staje się przebojem, chociaż koncerny medialne często usiłują nam wepchnąć do głów coś, co nie ma żadnej wartości.

Miałeś na koncertach Budki swoje 5 minut, czyli solo na basie. Na czym ono polegało? Używałeś już wówczas jakichś efektów?

Grałem wówczas na basówce bez progów skonstruowanej przez Jerzego Jakubiszyna z Wrocławia. Wzorcem był Fender Precision Bass. W trakcie koncertu muzycy schodzili ze sceny i zostawałem na niej tylko ja. Nie miałem efektów. Tylko gitara, kabel i wzmacniacz! Zaczynałem swoje solo od grania pięknych improwizowanych fraz a’la Jaco Pastorius, który był moim guru, potem ręcznie przesterowywałem wzmacniacz i rozpoczynałem rockowe szaleństwo, popisy techniczne, lekką demolkę sceniczną, granie na basie za pomocą pięści, granie a kolanach techniką slide przy pomocy statywu mikrofonowego, po czym na scenę wchodził Tomek Zeliszewski i graliśmy wspólnie mocny rockowy riff. Potem następowały już kolejne piosenki.

Opowiedz, jak można zagrać osiem koncertów dziennie? Co to była za okazja i jak to przeżyłeś? W dzisiejszych czasach to jest w ogóle jakaś totalna abstrakcja!

Grałem wówczas przez dwa miesiące w programie „Ludziom Dobrej Roboty” 🙂 To była tzw. składanka, czyli wykonawcy operetkowi, kabaretowi i piosenkarze. Stałym punktem programu był wywiad z dyrektorem zakładu pracy w którym graliśmy, oraz konkurs polegający na znajomości przepisów BHP (bezpieczeństwo i higiena pracy). Gwiazdą koncertu był Edward Hulewicz. Sytuacja miała miejsce gdzieś w województwie szczecińskim. Pierwszy koncert rozpoczął się o godz. 7.30. i trwał dokładnie 1 godz. 25 min. Otwierała się kurtyna i na sali widzieliśmy matki ze śpiącymi dziećmi na rękach. Po koncercie w ciągu 5 minut przez kilka par drzwi umieszczonych po lewej stronie sali publiczność wychodziła, a przez drzwi umieszczone po prawej stronie wchodziła publiczność na następny koncert. O godz. 9.00 rozpoczął się kolejny koncert i tak 8 razy. Na czwartym koncercie nie wiedziałem już którą zwrotkę gramy, kto jest następnym wykonawcą itd. Na drugi dzień graliśmy tylko trzy koncerty, co skomentowaliśmy jako „wakacje” 🙂
Gdy rozpocząłem koncerty z „Budką” to pojechaliśmy na Śląsk i tam przez miesiąc codziennie graliśmy trzy koncerty. Potem rozjechaliśmy się do domów na dwa tygodnie i kolejną miesięczną trasę zawierającą trzy koncerty dziennie zagraliśmy na Pomorzu. To była normalna sytuacja! Gdyby dzisiejsza tzw. „gwiazda” miała coś takiego wykonać, to pewnie umarłaby po pierwszym dniu. A my po koncertach oddawaliśmy się jeszcze uciechom życia 🙂

W latach 80. jeździłeś po Polsce, podobnie jak Krzysztof Ścierański, z solowymi występami. Czy byliście pionierami takich jednoosobowych występów? Jak one wyglądały, jakie miałeś instrumentarium i jakie utwory wykonywałeś?

Pionierem był Krzysiek, który z chorusem, pedałem volume i delayem przez dziesięciolecia oczarowywał widownię. Ja grałem z wykorzystaniem pionierskiego imitatora bębnów o nazwie „Dr. Rhytm”, pedału basowego włoskiej firmy „Eco” na którym akompaniowałem sobie nogą i multiefektu Digitech. Grałem swoje utwory instrumentalne. Gdy koledzy w „Budce” usłyszeli mój koncert, to zaproponowali abym grał jeden z utworów podczas koncertów „Budki” w 1986 i 1987 r. Grałem spokojny utwór o nazwie „Ballada zranionego jelenia” 🙂 Koncerty solowe gram do dzisiaj, ale wykorzystuję w dużo większym stopniu dzisiejszą technologię.

Czy aby pisać muzykę teatralną i filmowa trzeba umieć grać na tych wszystkich instrumentach, na których ty grasz? Skomponowałbyś to wszystko grając tylko na basie?

Można pisać nie grając na żadnym instrumencie. Tak pisał np. Mozart. Ja wszystkie swoje kompozycje wymyśliłem przy gitarze akustycznej lub pianinie. Natomiast dzięki umiejętności gry na wielu instrumentach dużo łatwiejsza jest realizacja moich muzycznych zamierzeń. Nie muszę nikomu tłumaczyć o co mi chodzi, uczyć go partii instrumentu lub pisać tego w nutach, marnować czasu w studiu itd. Sam gram na wszystkim i w ciągu krótkiego czasu powstaje demo, które stanowi podstawę do dalszej pracy. Niezmiernie rzadko zdarza się, że zapraszam kogoś do zagrania partii na instrumencie, na którym sam umiem zagrać. W ten sposób nauczyłem się nawet wprawek na saksofonie. Miałem saksofon, w nocy wymyśliłem partię saksofonu altowego, nie chciałem budzić profesjonalnego muzyka i błagać go, by przyjechał w nocy do studia, więc przeczytałem w podręczniku gry na saksofonie jak wydobyć dźwięki które były mi potrzebne, po czym nagrałem tę partię 🙂

Czyli basista oprócz ćwiczeń na basówce powinien ogarnąć jeszcze jeden melodyczny instrument?

Wydaje mi się, że to pomaga w rozwoju wyobraźni muzycznej. Nie jestem wirtuozem gry na instrumentach klawiszowych, ale moje partie znajdują się na kilkudziesięciu płytach różnych wykonawców. Gdyby nie umiejętność gry na klawiszach nie rozumiałbym w takim stopniu harmonii muzycznej, konstrukcji akordów, logiki w następstwie akordów, składników akordu których mogę użyć do stworzenia linii basowej itd. To bardzo przyspiesza proces tworzenia. Poza tym otwiera świadomość na nowe możliwości gry na basie.

Powiedz jaki prowadzisz teraz tryb życia? Jakieś sporty, diety, medytacje? 🙂 Hulanki i swawole masz już pewnie za sobą?

U lekarza ostatnio byłem w 1976 r gdy wezwano mnie na Komisję Wojskową. O tego czasu uważam, że nie ma powodu abym składał takie wizyty. Wiem co mam napisane w PESEL-u i nie dziwi mnie, że czasem nie chce mi się wstać z łóżka 🙂 Ponieważ oprócz grania i nagrywania dodatkowo pełnię wiele funkcji pozamuzycznych, więc nie mam czasu na lenistwo. Nie umiem nieruchomo stać na scenie i to jest mój wkład w rozwój fizyczny organizmu 🙂 Kiedyś lubiłem windsurfing, ale nie mam już na to czasu. Kiedyś byłem bohaterem połowy opowieści o życiu scenicznym i hotelowym naszej branży. Na szczęście od wielu lat to już jedynie historia, która może czasem jedynie wywołać rumieniec wstydu na mojej twarzy.

Jakie są cele twojego Stowarzyszenia Na Rzecz Młodzieży Uzdolnionej Muzycznie Solo Życia?

Celem jest niesienie pomocy zdolnym lecz nieznanym instrumentalistom. Wymyśliłem konkurs „Solo Życia”, ponieważ inne konkursy muzyczne przeznaczone są zazwyczaj dla zespołów lub wokalistów. „Solo Życia” stało się więc dla dobrych a nieznanych muzyków szansą na to, aby ich nieprzeciętne umiejętności i talent zaowocowały w przyszłości podjęciem profesjonalnej działalności muzycznej. Udało się nam to wielokrotnie, a ostatnim przykładem jest ubiegłoroczny laureat „Solo Życia” – nikomu wcześniej nieznany Michał Trzpioła, który obecnie gra z Wojtkiem Pilichowskim.
Kolejnym celem jest stworzenie młodym muzykom możliwości konfrontowania swoich umiejętności z wirtuozerią najlepszych instrumentalistów w naszym kraju. Każdego roku zwycięzcy poprzednich festiwali grają z jedną z gwiazd „Solo Życia”, grają także przed właściwym konkursem swoje solówki.
Jednym z naszych celów jest również propagowanie stylu życia wolnego od uzależnień, dlatego hasłem festiwalu „Solo Życia” jest „Lepiej grać niż pić lub ćpać”.

A jak to wygląda w praktyce, kiedy musisz zmagać się z oporem urzedniczo-finansowo-medialnej materii?

Najbardziej idiotycznym pomysłem jest obowiązek przetargu na obsługę techniczną festiwalu. Co roku gram wiele koncertów i wiem kto ma dobrą aparaturę, światło i scenę. Nie mogę więc dopuścić aby wygrał ktoś, kto tego nie ma, nie ma też doświadczenia i krótko mówiąc jest amatorem, ale wygrał przetarg, bo dał najniższą cenę! Do tego obowiązek występowania wszędzie ze stosownymi pismami, wypełnianie stosu formularzy itd. Co roku poświęcam wiele miesięcy na pracę społeczną związaną z „Solo Życia” i innymi przedsięwzięciami muzycznymi. Wielu osobom, które taką działalność prowadzą za pieniądze, pewnie przeszkadza fakt, że ja z tego tytułu nie pobieram wynagrodzenia. To samo dotyczy wszystkich członków Stowarzyszenia „Solo Życia”. Taka sytuacja wielu osobom decydującym o przyznaniu środków na produkcję naszego wydarzenia prawdopodobnie wydaje się podejrzana 🙂 Co roku uzyskujemy pomoc z Urzędu Miasta Lublin i Urzędu Marszałkowskiego. Mamy też wielki sukces tegoroczny – pierwszy raz w historii festiwalu pozyskaliśmy Sponsora Strategicznego. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni PGNIG za zrozumienie, że naszemu społeczeństwu potrzebna jest kultura muzyczna. Nasza praca niestety nigdy nie będzie promowana przez ogólnopolskie media. Muzyczny poziom naszego festiwalu jest tak wysoki, że przy okazji prezentacji naszego festiwalu natychmiast wyjaśniłoby się, co w ogólnopolskich mediach jest promowane na codzień.

Czy widzisz już jakieś inne jaskółki nadziei jeśli chodzi o promocję prawdziwej, uczciwej muzyki w polskich mediach? Twój festiwal na pewno jest jedną z tych jaskółek.

Kiedyś o muzyce decydował muzyk. Dzisiaj decydują ci, których głównym celem jest zarobienie na produkcie, jakim wg nich jest muzyka, jak największej ilości pieniędzy. Dzisiaj nikt nie promowałby „Pink Floyd” czy „Led Zeppelin”, bo ich utwory wg chorych norm medialnych są „za długie”. Gdyby w Polsce urodził się np. Carlos Santana, to nikt by o nim nigdy nie usłyszał, bo muzyki instrumentalnej w polskich mediach nie ma. Itd, itp. „Top Guitar” jest czasopismem dla muzyków, którzy najlepiej wiedzą, w jakiej sytuacji się znajdują. Uważam, że dopóki nie zostanie zarejestrowany Związek Zawodowy Muzyków RP to nic się nie zmieni. Nie mam w tym względzie złudzeń – komuś zależy na tym aby naszej muzyki tutaj nie było, natomiast była muzyka obca. W innych krajach nikt by na to nie pozwolił, bo tam muzyka narodowa jest skarbem. My żyjemy w kraju w którym korzystne zmiany dokonują się jedynie na drodze konfrontacji. Grupa profesjonalnych muzyków usiłuje więc doprowadzić do powstania ZZM RP. Uczestniczę w jej pracach. Wystąpiliśmy do Sądu o rejestrację i na obecnym etapie Sąd wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego o opinię w sprawie dwóch sprzecznych ze sobą ustaw dotyczących tej sytuacji. To jest dla mnie sprawa ambicjonalna i nie robię tego dla siebie. Zdaję sobie sprawę, że moja tzw. „kariera” zmierza ku schyłkowi, ale chcę to zrobić dla młodych ludzi, ponieważ obserwując obecne realia jestem w stanie wyobrazić sobie, że za kilkadziesiąt lat ktoś powie „polskiej muzyki nigdy nie było”. Nie chcę do tego dopuścić!

Zawsze w wywiadach powtarzasz, że muzyka to jest całe twoje życie, nie musisz zbierać znaczków bo masz muzykę. Nie wierzę, że nie masz innych zainteresowań…

OK! Poza muzyką interesują mnie piękne kobiety, ale tego zainteresowania nie mogę rozwijać, bo od kilkudziesięciu lat jestem żonaty 🙂

Na jakim etapie jest walka o założenie Związku Zawodowego Muzyków? Czy nie zmieniając prawa uda się zarejestrować związek, w którym przytłaczająca większość członków pracuje na umowach zleceń i o dzieło?

Nie jestem prawnikiem, ale ja rozumiem tę sprawę następująco: w Konstytucji jest zapis o swobodzie zrzeszania się. Natomiast w Ustawie o Związkach Zawodowych zawarte jest ograniczenie do pracowników etatowych, członków rolniczych spółdzielni produkcyjnych itd. Konstytucja każdego kraju jest ustawą nadrzędną w stosunku do innych ustaw. U nas jest jakoś inaczej. Właśnie tę sprawę badać będzie obecnie Trybunał Konstytucyjny. Na ostatnim posiedzeniu rejestracyjnym Sąd stwierdził, że rozumie nasze racje, ale ma ręce związane Ustawą o Związkach Zawodowych. To Sąd wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego o wyjaśnienie tej kwestii, a taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko. Dlatego jesteśmy dobrej myśli i z optymistycznym nastawieniem czekamy na orzeczenie.

Czy nie uważasz, że cała walka o prawa autorskie i płatny kontent w internecie to walka z wiatrakami? Przecież dane które przedstawił Marcin Przasnyski z Kreatywnej Polski są po prostu szokujące, cytuję: „około 10 mln polskich internautów bez oporów biorą z internetu co chcą: gry, programy, filmy czy książki. Tylko okazuje się, że wcale nie biorą za darmo. Jak pokazują analizy firm profesjonalnie badających polski rynek piracki, tylko 10% tego rodzaju serwisów nie pobiera opłat i nie czerpie zysków z działalności, choćby w postaci zamieszczania reklam. 90% serwisów nielegalnie rozpowszechniających treści to dochodowe biznesy.” 10 mln. Ludzi to miała Solidarność, która doprowadziła do zmiany ustroju…

swoich nielegalnych interesów rozpętali wówczas kampanię strachu, wmawiając internautom, że ogranicza się ich wolność i każde ściągnięcie muzyki skończy się więzieniem. Ludzie wyszli więc na ulicę i nieświadomie obronili złodziei. Tzw. „polityków” mamy takich jakich mamy, więc dzisiaj jesteśmy w czołówce państw, których obywatele bezkarnie ściągają z internetu wszystko i utrzymują w ten sposób złodziei i ich nielegalny proceder. Należy więc doprowadzić do likwidacji firm udostępniających nieświadomym ludziom Sytuacja jest prosta. Gdy chcę mieć buty to idę do szewca i muszę mu za nie zapłacić. To szewc wyprodukował te buty i dopóki mu nie zapłacę, to buty są jego własnością. Wieloletnie pobłażliwe traktowanie w naszym kraju złodziejstwa i określanie np. nielegalnego kopiowania płyt CD w milionach sztuk jako „niska szkodliwość społeczna czynu” skutkuje dzisiaj rozzuchwaleniem podobnym do rozzuchwalenia tzw. „polityków”. Prawo w tej dziedzinie jest nieskuteczne, ponieważ nie jest realizowane. Dzisiaj słyszymy następujące tłumaczenie: muzyka jest za droga i Polaków na nią nie stać, więc muszą ją ukraść, przy czym obrażają się na nazwanie tego złodziejstwem, a nawet romantyczne skądinąd określenie „pirat” jest dla nich niedopuszczalne. Auta też są za drogie, na wiele innych produktów Polaków też nie stać, ale nie kradną ich masowo. Dlaczego robią to z muzyką? Dlatego, że ktoś stwarza im takie możliwości! Powstają firmy internetowe mające serwery za granicą, które teoretycznie za darmo udostępniają własność artystów nie pytając ich o zgodę. Biorą natomiast pieniądze za umieszczenie tam reklam i nie dzielą się tymi nielegalnie zdobytymi pieniędzmi z nikim. To jest tak jakby ktoś ukradł Ci auto, następnie udostępniał je za pieniądze i właścicielowi mówił, że to nie jego sprawa. Powinniśmy doprowadzić do tego, aby właśnie ci złodzieje zakończyli swój nielegalny proceder. Nikt nie zamierza ścigać internauty, który nieświadomie pobrał plik z muzyką o wartości 3 zł, który udostępnił mu bez zezwolenia złodziej. Chcę likwidacji nielegalnych serwerów gdzie przechowywana i udostępniana jest bezprawnie muzyka. Temu miała służyć umowa ACTA. Właściciele nielegalnych serwerów w obronie nie swoją własność. Ścigać należy tych, którzy zarabiają na piractwie, a nie użytkowników!

W swojej biografii wspominasz o tajemniczej imprezie Festiwal Basistów w Warszawie, który odbył się w 1987 roku. Co to była za impreza?

To miała być cykliczna impreza w klubie „Rivera Remont”. Trwała dwa dni i przez scenę przewinęło się wiele indywidualności basowych. Po zagraniu swojego koncertu siedziałem na widowni zauroczony muzycznymi pomysłami moich kolegów basistów i kontrabasistów. Grali tam basiści jazzowi, rockowi, wykonawcy muzyki poważnej oraz ludzie których basowanie trudno było mi zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku. Szkoda, że drugiej edycji już nie było. Pewnie organizator miał kłopoty finansowe 🙁

Jakie basy są twoimi ulubionymi i jakie muszą mieć cechy, być chciał na nich grać?

W zależności realiów muzycznych używam różnych basówek. Chociaż moją ulubioną gitarą basową jest Alembic, który w każdej sytuacji koncertowej i studyjnej wywołuje szacunek, to często gdy np. wokalista nie posiada potężnego głosu, brzmienie Alembica zabija vocal. Wówczas gram na innej gitarze, np. na Music Manie Sting Ray. Podobnie sytuacja wygląda gdy gram z różnymi perkusistami.
Nie zwracam specjalnej uwagi na wygląd gitary. Może wyglądać okropnie, ale musi brzmieć. Kupowałem gitary w sklepach muzycznych nie zwracając uwagi na nazwę i cenę (czasem taniej wyszło :), lecz na brzmienie. W ten sposób mam basówkę elektroakustyczną „El Capitan” marki „Epiphon”, chociaż obok stały „Gibsony”, ale tak nie grały. Tę gitarę wielokrotnie pożyczałem różnym zaprzyjaźnionym zespołom na ich ważne koncerty akustyczne lub nagrania. Osobnym zagadnieniem jest fretless „Nexus”, ale oprócz niespotykanej konstrukcji też najważniejszym kryterium było brzmienie. Od kilkudziesięciu lat nie rozstaję się z kontrabasem elektrycznym, który kiedyś zrobił dla mnie Wiesio Długosz z Kraśnika. Ostatnio odkryłem, że najlepiej brzmi nagłośniony podwójnym zestawem BOSE. Podobno człowiek uczy się całe życie 🙂

Co to była za gitara, ta dwugryfówka? Kto ją wykonał i gdzie jest teraz?

Gitarę tę wykonał Wiesio Długosz na moje specjalne życzenie. Podczas koncertów chciałem mieć możliwość szybkiej zmiany gitary z progami na fretless. Wygrałem na niej festiwal w San Sebastian, grałem na niej support przed moimi idolami z „Weather Report”, nagrywałem i grałem na niej z „Budką”, „Alex Bandem”, „Wandą i Bandą” itd. Była potwornie ciężka, a razem z metalowym futerałem skonstruowanym przez Andrzeja Knapczyńskiego z Wrocławia ważyła tyle co Piano Fendera:) Mam możliwość grania na niej do dzisiaj, ale w tej sprawie muszę pojechać do Niemiec, ponieważ ma ją mój kolega Wiesio Cieśla z Kiel. Byłem tam wielokrotnie 🙂

Gdzie jest teraz twój muzyczny dom? Jaki zespół lub skład jest obecnie dla ciebie najważniejszy?

Najważniejsze są wszystkie składy w których obecnie gram. Wiem, że jestem kojarzony z „Budką Suflera”, z którą spędziłem dwadzieścia parę lat. Z okazji 40-lecia istnienia tego zespołu i jednocześnie kończenia przez kolegów działalności zgodziłem się wziąć udział w kilku spektakularnych koncertach. Gram w składzie „Chojnacki &” oczywiście z Robertem Chojnackim i Ryśkiem Sygitowiczem, od lat gram w składzie „Giganci Gitary” z Jackiem Królikiem i Ryśkiem Sygitowiczem, gram też z zespołem „Riders”. Od czasu do czasu gram również w składzie „III BASY” z Krzyśkiem Ścierańskim i Wojtkiem Pilichowskim oraz czasem gram koncerty solowe z użyciem komputera i filmowego obrazu synchronicznego. Koncerty dają mi wiele radości a ja staram się dać wiele wzruszeń publiczności, bez której koncert nie miałby sensu. Poza tym jestem członkiem władz kilku organizacji muzycznych, organizuję festiwale, konkursy muzyczne itd. Zajmuję się muzyką całe dorosłe życie. W tym roku obchodzę jubileusz 40-lecia pracy artystycznej. W życiu tylko muzyka nigdy mnie nie zawiodła i nadal potrafi się nieprawdopodobnie odwdzięczyć za moje poświęcenie dla niej i za to, że ją kocham.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncertach!